Żeglarskie wakacje w
USA
wspomnienia
z pobytu na
To były niezapomniane wakacje...
Spędziłam 9 tygodni na Campie Watitoh w Stanie Massachusetts, pracując jako instruktor żeglarstwa i opiekun - wychowawca, potem zwiedziłam Boston, Nowy Jork, pojechałam na Florydę i do Orlando, zawarłam nowe znajomości z ludźmi z różnych zakątków świata, podszkoliłam język angielski, poznałam inną kulturę, zwyczaje, pierwszy raz w życiu też leciałam samolotem... Przeżyłam niesamowite 2,5 miesiąca, pełne niespodzianek i nowych doświadczeń, które na zawsze pozostaną mi w pamięci... Chciałabym choć częściowo się z Wami nimi podzielić... Kto wie, może sami zechcecie kiedyś wybrać się w podobną podróż...?
Program,
w którym uczestniczyłam, nosi nazwę "Camp America". Organizacja
powstała w 1969 roku i od tego czasu umożliwia wyjazdy do USA ludziom z całego
świata, w różnym wieku, którzy pragną zdobywać nowe doświadczenia - pracując
na amerykańskich obozach letnich. W zamian za wykonywanie swoich obowiązków
- uczestnik programu otrzymuje zakwaterowanie, posiłki, kieszonkowe, darmowe
przeloty..., szkoli znajomość języka obcego, zwiedza ciekawe miejsca, poznaje
przyjaciół.
Aktualnie
"Camp America" zatrudnia około 8,500 chętnych rocznie z 40 krajów
Europy, Afryki, Azji i Australii. W każdym z nich znajdują się przedstawiciele,
którzy pomagają w załatwieniu wszelkich niezbędnych formalności, potrzebnych
do wyjazdu, udzielają fachowych wskazówek. Osobiście spotkałam się z ogromną
życzliwością i wyrozumiałością z ich strony, byli wszędzie tam, gdzie mogłabym
potrzebować ich rady : najpierw we Wrocławiu, przygotowując dokumentację przed
podróżą, potem na lotnisku w Londynie, w Nowym Jorku, na moim Campie Watitoh
- sprawowali opiekę nad uczestnikami programu podczas całego pobytu za granicą.
Byłam mile zaskoczona tamtejszą organizacją.
"Camp
America" oferuje trzy możliwości zatrudnienia : tzw. "Camp Counselling",
"Special Needs Counselling" i "Campower". "Camp Counsellor"
- jest to amerykański termin oznaczający "dużego" brata, siostrę,
przyjaciela, wychowawcę, nauczyciela - w jednej osobie. Counsellor - specjalista
zajmuje się ściśle określoną, wcześniej zadeklarowaną przez siebie profesją,
naucza różne grupy dzieci specyficznych umiejętności. Możliwości jest tutaj
wiele: instruktor (bądź pomocnik instruktora) wszelkiego rodzaju sportów (
karate, tenis, soccer, siatkówka, koszykówka, gimnastyka, taniec, łowienie
ryb...), w tym sportów wodnych (żeglarstwo, narty wodne, canoeing, kajaki,
windsurfing, pływanie wpław...), można być także nauczycielem informatyki,
aktorstwa, gry na pianinie, gitarze, fotografowania, malarstwa, religii i
wielu, wielu innych specjalności - wybieramy to, w czym uważamy się za najlepszych,
w czym mamy największe doświadczenie. Generalni "Counsellorzy" odpowiedzialni
są natomiast za ogólne bezpieczeństwo dzieci, m.in. ich punktualne przychodzenie
na zajęcia, posiłki. Wszyscy "Counsellorzy" ( i specjaliści i generalni)
mieszkają w domkach ("bunks") z uczestnikami, którymi się opiekują,
z nimi również siadają na stołówce (co nie należało do przyjemności, nawet
nie wyobrażacie sobie, jak oni zachowują się podczas posiłków - koszmar!)
spędzają razem prawie 24 godziny na dobę.
Drugi typ
pracy to "Special Needs Counsellor" - opiekun, wychowawca, instruktor
- jak poprzednio, zajmujący się dziećmi i dorosłymi wymagającymi specjalnej
troski. Od zainteresowanych oczekuje się odpowiednich predyspozycji, cierpliwości,
poświęcenia.
Wreszcie
"Campower" - praca, która wiąże się z ogromnym wysiłkiem, zaangażowaniem
i ponad 12 - godzinową stawką dziennie, dlatego osoby zatrudnione jako "siła
obozowa" otrzymują wyższą zapłatę w porównaniu z "Counsellorami",
poza tym nie są odpowiedzialni za uczestników, nie mieszkają z nimi w domkach,
mają tym samym więcej czasu dla siebie. Większość chętnych wybiera pracę w
kuchni (szef kuchni, asystent kucharza, mycie naczyń, kelner, przygotowywanie
jedzenia...), sprzątanie kabin, koszenie trawników, a także - posiadając odpowiednie
kwalifikacje- pracę kierowcy, auto-mechanika, sekretarki, pracownika biurowego,
elektryka i inne. Każdy bez problemu znajdzie cos dla siebie.
Zdecydowałam się na posadę instruktora żeglarstwa, byłam więc Counsellorem
-specjalistą.
Swoją przygodę
z żeglarstwem rozpoczęłam już wiele lat temu, pływałam głównie po śródlądziu
i Morzu Bałtyckim, uczestniczyłam w wielu obozach żeglarskich, rejsach, spotkaniach,
szkoleniach... Pokochałam ten sport bardzo! Zawsze intrygowało mnie również,
w jaki sposób rozpowszechniana jest jego tradycja w innych krajach, jak dużym
cieszy się zainteresowaniem, czy obozy wyglądają podobnie i w ogóle jak wyglądają?
Postanowiłam przekonać się o tym osobiście, jednocześnie podszkolić język,
podróżować, usamodzielnić...
Nie było
mi łatwo, przynajmniej na początku. Pojechałam sama, nie znałam nikogo, nie
byłam tez pewna, czy mój poziom znajomości języka angielskiego będzie wystarczający,
do tego doszły przeżycia związane z pierwszym w życiu lotem samolotem i pełna
niespodzianek podróż na mój camp. W końcu dotarłam. Dyrektor obozu serdecznie
mnie przywitał, przedstawił dziewczynkom, którymi przez następne 9 tygodni
opiekowałam się, oprowadził po terenie, zaznajomił z obowiązującymi regułami.
Wszystko okazało się tak bardzo odmienne od tego, czego doświadczyłam na polskich
obozach... - nowe zasady, sposób organizacji, inna kultura, inna mentalność...
Byłam przerażona... ale nie miałam wyjścia, musiałam dać radę.
Obóz liczył
100 dziewczynek, 100 chłopców i 100 osób kadry, którą stanowiła młodzież z
różnych krajów ( Anglia, Południowa Afryka, Szkocja, Australia, Nowa Zelandia,
Czechy, Izrael). (Większość z nich podjęła pracę na tym campie trzeci, czwarty,
a nawet jedenasty rok z rzędu, znali się dobrze).
Znajdowaliśmy
się w samym centrum gór Berkshire, w zachodniej części Massachusetts, w Becket
, około 3 godziny na północ od New York City, na 90 akrach przepięknego zielonego
wzgórza, otoczonego gęstym lasem, nad czystym jeziorem Center Lake, z dala
od cywilizacji. (Zainteresowanych zapraszam do obejrzenia zdjęć na stronach
: www.campwatitoh.com oraz zp.amsnet.pl/~gosia/cw.html).
Byłam zachwycona położeniem obozu i jego okolicą.
Na Campie
Watitoh mieliśmy do dyspozycji plac apelowy, na którym codziennie rano odbywała
się uroczystość podnoszenia bandery i wszelkie inne zbiórki, także stołówkę,
"dom artystów" - gdzie dzieci malowały, modelowały, szyły, "dom
gimnastyki", "dom wieczornych spotkań, również boisko do siatkówki,
koszykówki, hokeja, tenisa, ping-ponga i piłki nożnej oraz port nad jeziorem
- z "żaglówkami", kajakami, canoe, rowerami wodnymi, nartami wodnymi
i motorówkami. Uczestnicy nie mieli prawa się nudzić!
A żeglarstwo
... - było tu atrakcją jedną z wielu, zupełnie inaczej sobie je wyobrażałam.
Pływaliśmy na jachtach typu "Sunfish" - takie małe łódeczki 1-2-osobowe,
właściwie dzieci na nich żeglowały, ja obserwowałam wyczyny z motorówki, instruując
i pilnując ich bezpieczeństwa. Na szczęście posiadaliśmy jeszcze laser i jacht
typu JY, mogłam czasem "poszaleć" wraz z drugim instruktorem Pawłem
z Anglii, kiedy odpowiednio przywiało. Staraliśmy się nauczyć obozowiczów
choć samych podstaw żeglowania, ich było dwustu, nas tylko dwie osoby, każdego
dnia prowadziliśmy zajęcia z inną grupą, nie mieliśmy zbyt wiele czasu. Organizowaliśmy
regaty, pojechaliśmy także na między obozowe zawody żeglarskie w klasie "Sunfish",
gdzie nasi zawodnicy zajęli miejsca na podium. Myślę, ze z żeglarstwa na campie
uczestnicy byli zadowoleni, mnie brakowało tam odpowiedniego akwenu i sprzętu,
przestrzegania etykiety żeglarskiej, a właściwie zupełny brak jej znajomości.
Jeżeli w przyszłości miałabym jeszcze raz pojechać do Stanów, wybrałabym obóz
typowo żeglarski, takie też są organizowane.
Innymi atrakcjami
były na przykład bardzo starannie przygotowywane przedstawienia, doskonały
"Talent Show" uczestników i kadry, wieczory filmowe, "Las Vegas
Night", zabawy i gry zespołowe, tańce, "Dzień Gladiatora",
"Visiting Day" (dzień odwiedzin rodziców, jedyny w ciągu 9 tygodni),
zawody kajakarskie, pływackie i wiele innych. Najważniejszym jednak wydarzeniem
obozowym okazała się trzydniowa olimpiada sportowa "Tan & Green".
Wszyscy zostali podzieleni na dwa zespoły, odpowiednie grupy wiekowe rywalizowały
ze sobą w przeróżnych dyscyplinach. To było coś niesamowitego - przebieranie
się, układanie piosenek, skeczy, tworzenie transparentów, kibicowanie, wielka
radość z każdej wygranej, a często płacz i rozczarowanie z porażki, ogromne
emocje... Świetna zabawa!
Pracowaliśmy
6 dni w tygodniu, jeden dzień wolny, można było wtedy odpocząć, zwiedzić okolice,
pojechać do miasta i nie uczestniczyć w kolejnych przygotowaniach do zaplanowanych
imprez. Muszę przyznać, iż mimo ogólnego zadowolenia, miewałam i ciężkie chwile,
rola wychowawcy i instruktora amerykańskich dzieci nie należy do najłatwiejszych,
dlatego tzw. "Days-off" były rewelacyjnym rozwiązaniem. Poza tym
poznałam tam kilku niesamowitych ludzi, dzięki którym czas za granicą upływał
mi znacznie milej. Zaprzyjaźniłam się z dziewczyną z Południowej Afryki, wspaniałą
Joe, z którą do tej pory utrzymuję kontakt. Po skończonej pracy razem pojechałyśmy
do Bostonu, potem skorzystałyśmy z zaproszenia naszej pielęgniarki z Watitoh
- Cindy i zwiedziłyśmy Florydę, po drodze spędzając jeden dzień w Świecie
Disney'a w Orlando. W drodze powrotnej zatrzymałam się w Nowym Jorku na Manhattanie
u znajomych z campu - zwiedziłam miasto (jeszcze wtedy) "drapaczy chmur",
wiele zobaczyłam. Nie byłam sama.
Wróciłam do domu bardzo zadowolona, pełna nowych wrażeń, wspomnień, bogatsza w doświadczenia.
Zainteresowanych bardziej szczegółowymi informacjami na temat pracy w USA, zapraszam na stronę www.campamerica.co.uk lub bezpośrednio do mnie (gosiatalar@wp.pl).
Małgorzata Talar
Zdjęcia:
CAMP WATITOH |
Zdjęcia:
BOSTON |
Zdjęcia:
NEW YORK |
Zdjęcia:
FLORYDA |
"Szkwał" nr 2 |